wtorek, 30 czerwca 2015

Nadodrze I

W sąsiedztwie więzienia na ul. Kleczkowskiej usadowił się krasnal Klara. Nie jest to co prawda najdalej na północ miasta wysunięty skrzat, ale wart uwagi ze względu na swą płeć (zakładając oczywiście, że krasnale dzielą się na osobniki płci męskiej i żeńskiej). 
























Zostawiając jednak Klarę w spokoju (krasnale pojawią się w tej opowieści jeszcze nie raz) można minąć wiadukt kolejowy i dojść do ulicy Łowieckiej i dalej do Kurkowej i Ptasiej. 




















W tym miejscu Steven Spielberg w listopadzie 2014 r. kręcił zdjęcia do swego filmu pod roboczym tytułem "St. James Place" (ostatecznie obraz otrzymał tytuł "Bridge of Spies"). Wrocław nie po raz pierwszy w swej historii zagrał Berlin.


Niedaleko tego miejsca znajduje się Park S.Staszica. W latach 80-tych przyciągał on smakoszy trunków przeciętnej jakości. Teraz jest to zadbany teren wypoczynku, z którego bardzo blisko do wybudowanego w 1868 roku Dworca Nadodrze. 







Charakterystyczny obiekt z czerwonej, ciemnej cegły niewiele się zmienił przez ostatnie ćwierćwiecze. Nadal pasażerów chroni drewniany dach, nadal perony nie są dostosowane do długości dalekobieżnych pociągów. Choć z drugiej strony ilość składów (wagonów) też nie wygląda tak imponująco jak w dawnych czasach, gdy podróżni musieli wysiadać wprost na torach kolejowych a następnie spacerkiem dojść do peronu.



Tym co się zmieniło przez te lata to jakość pociągów. Gdy wiele lat temu podróżowałem z Dworca Nadodrze do Trzebnicy wagoniki trzeciej klasy niczym z westernu ciągnął parowóz, a  jazda stanowiła prawdziwą atrakcję. 


Potem tory uległy zniszczeniu, a trasę zamknięto. Na szczęście w ostatnich latach połączenie to zostało wznowione. Tyle tylko, że pojedynczy nowoczesny biało - żółty wagonik Kolei Dolnośląskich pokonuje tę trasę w czasie krótszym o połowę.





Dworzec Nadodrze choć zaniedbany, ma w sobie to "coś" co przyciąga. Lekko schowany, nie rzucający się w oczy wciąż obsługuje pasażerów i czeka cierpliwie na renowację. Wbrew pozorom wielkość tego budynku nie przekłada się bowiem na jego przestronność. Wewnątrz jest niedużo miejsca (reszta ogrodzona kratą), co powoduje nieco klaustrofobiczne wrażenie. Rażą nieużytkowane piętra dworca. 


A skoro była mowa o Parku Staszica i o Trzebnicy, to nie sposób nie wspomnieć  o placu Staszica i placu Strzeleckim, z którego przed wojną (do 1967 roku) odjeżdżała do tego miasta (i dalej do Prusic) kolejka wąskotorowa zwana "Pędzącym Rolandem" (Rasender Roland), później zaś "Latającym Trzebniczaninem" .


Kursowała ulicą Reymonta (pod murami więzienia), przekraczając Odrę mostem Osobowickim (Gröschel). 

Jak pisało "Słowo Polskie" z 1946 r. "Bliskość dworca kolejki wąskotorowej do Trzebnicy jest również przyczyną, że panuje tutaj o każdej porze dnia nieustanny ruch".


Choć kolejka nie działa od lat, a kolejne remonty ulic skutkowały likwidacją śladów jej istnienia, udało mi się odnaleźć fragment kilku metrów torów, które jakimś cudem zachowały się, łącząc się niemal z torami tramwajowymi. 




















Co ciekawe w przeszłości zarówno kolejka jak i tramwaj korzystały z tych samych torów...












A na Pl. Staszica (Rossplatz) wciąż stoi - i ma się nieźle - budynek dawnego dworca kolejki. Jest on dziś wykorzystywany jako dom katechetyczny. 

































Na budynku dworca wisi stylowy zegar. Nie jest to jednak pozostałość po dawnym dworcu. 




Z rozmowy z panią, która akurat porządkowała kwiaty pod krzyżem dowiedziałem się, iż nie jest oryginał, ale inicjatywa proboszcza, który chciał w ten sposób zaakcentować dawne przeznaczenie tego budynku. 







poniedziałek, 29 czerwca 2015

Most Trzebnicki i ulica Trzebnicka

Z Karłowic niedaleko na Nadodrze. Wielokrotnie chodziłem pieszo przez Most (a właściwie Mosty) Trzebnicki.





















Dawny Rosenthal Brücke ma już 100 lat. Nieco starszy jest "Kamień Stulecia" ustawiony nieopodal (w kierunku Mostu Osobowickiego) przez władze miasta Breslau na początku XX wieku. 





















Zgodnie ze swą nazwą upamiętniał on upływ kolejnego stulecia w historii nadodrzańskiego grodu. 

Odkąd pamiętam Most Trzebnicki wyróżniał się kolorystyką na tle innych mostów Wrocławia (obecnie jest w kolorze pomarańczowym).


Przejście przez most północny, a dalej mniejszy, niepozorny most południowy stanowi początek wędrówki ulicą Trzebnicką w stronę Nadodrza. 


Obecnie gładki asfalt nie sprawia problemów kierowcom, jednak w przeszłości - za sprawą tzw. kocich łbów - jazda tą drogą nie należała do przyjemności. 


Z ul. Trzebnickiej wystarczy skręcić w prawo przed wiaduktem kolejowym by trafić na ulicę Kleczkowską, a dalej na charakterystyczny budynek z czerwonej cegły, z kratami w oknach.

Jego przeznaczenie nie pozostawia wątpliwości. 






Przejeżdżając leżącą nieopodal ulicą W. Reymonta można bez trudu dostrzec stojące na chodniku postacie (najczęściej kobiety) porozumiewające się za pomocą gestów z osobami osadzonymi w tym budynku.

Więzienie to również historia miasta Breslau i Wrocławia, ponieważ pełni ono swe funkcje od 1895 roku, a cierpienie i śmierć dosięgnęła nie tylko Niemców, ale i Polaków walczących z komunistycznymi władzami o niepodległą ojczyznę. 


















Warunki panujące w tym miejscu po wojnie dosadnie oddaje Norman Davies w swojej "biografii" Wrocławia "Mikrokosmos. Portret miasta środkowo-europejskiego": "Budynek przeznaczony na 500 więźniów musiał pomieścić 8 tysięcy. W celach o powierzchni 8 metrów kwadratowych przetrzymywano 6 aresztantów. W budynku nie było ogrzewania, naczyń kuchennych ani opieki medycznej. Więźniowie dostawali kubek wodnistego krupniku na dzień. Bicie było na porządku dziennym. Zwłoki grzebano bez trumien, w masowych grobach" (s. 459-460)

Obiekt przy Kletschkauerstrasse pojawia się także w "Końcu świata w Breslau" M.Krajewskiego. 



niedziela, 28 czerwca 2015

Okolice Mostu Trzebnickiego

Z ulicy Lindego w kilka minut można dotrzeć nad Odrę. 

Od lat jest to miejsce mniej lub bardziej aktywnego wypoczynku. Dziesiątki wrocławian w latach 80-tych wylegiwało się na nadodrzańskich wałach przy moście Trzebnickim na ręcznikach czy kocach czerpiąc garściami z pięknej letniej pogody. 

Obecnie jest tu cicho i spokojnie. Czasem ktoś rozpali grilla, ale częściej po prostu mieszkańcy rozsiadają się na trawie, wyprowadzają na spacer swoje psy, biegają. Po powodzi w 1997 r. rzeka - na skutek prac ziemnych mających stworzyć w razie podobnych zdarzeń większą przestrzeń dla wody - nieco oddaliła się od jej wałów. Ale nadal spacer między mostem Trzebnickim a mostem Warszawskim należy do przyjemności.

Co do biegaczy, pamiętam jak około 20 lat temu przemierzając truchtem okolice Odry, mój widok intrygował, budził czasem zdziwienie, wywoływał agresję nieprzyzwyczajonych czworonogów.
Na szczęście tamte czasy minęły bezpowrotnie i dzisiejsze nadodrzańskie (i nie tylko) bieganie nikogo już nie razi. 






sobota, 27 czerwca 2015

Maria Dąbrowska

Skoro była rzecz o parku Marii Dąbrowskiej to nie sposób pominąć faktu, iż pisarka ta mieszkała na Karłowicach w domu przy ul. Lindego 10. 



Tutaj też przebywała inna pisarka Anna Kowalska, z którą M. Dąbrowską łączył bliski związek uczuciowy.   





















Miałem szczęście być w tym miejscu. Moja wychowawczyni - polonistka pani Maria Hernas (żona Czesława Hernasa - wybitnego znawcy epoki baroku) zapraszała swych uczniów do swego domu na coś w rodzaju warsztatów, na których przygotowywaliśmy różne szkolne przedstawienia np. "Zemstę" A. Fredry. 

W tamtych czasach, dla uczniaka podstawówki nie było w tym nic wielkiego. Takie rzeczy docenia się dopiero po latach...

Cmentarz Karłowicki

Wystarczy kilkuminutowy spacer by ze szpitala na ul. Kamieńskiego móc cieszyć swe oczy bujną zielenią w parku Marii Dąbrowskiej. 


















Nosi on tę nazwę od nieco ponad 20 lat. Wcześniej był tu Cmentarz Karłowicki, a ściślej niemiecki cmentarz "11 tysięcy dziewic"(Friedhof 11000 Jungfrauen).

Pamiętam jak będąc dzieckiem bawiłem się w tym miejscu. Wówczas - choć cmentarz oficjalnie zlikwidowano kilka lat wcześniej - można było natrafić jeszcze na pozostałości ze starych niemieckich nagrobków. Teraz park stanowi miejsce spacerów i rekreacji, do których zachęcają uporządkowane ścieżki i zadbany wygląd terenu.



Szpital 40-lecia PRL

Z okresu dzieciństwa pamiętam rozkopy, dziury i niekończącą się budowę ulicy H. Kamieńskiego. 

Dla dzieciaków była to jednak atrakcja. Zabawa w ogromnych rurach, możliwość rzucania się ogólnodostępnymi kamieniami, wędrówki z latarkami oświetlającymi panujący półmrok.


Wkrótce jednak miało się to zmienić a powodem było planowane otwarcie nowoczesnego szpitala im. 40-lecia PRL. W końcu miał tego dokonać gen. W. Jaruzelski, więc trawa powinna być bardziej zielona niż w innych rejonach miasta, a posadzone nowe drzewka sprawiać wrażenie jakby rosły tu od lat. 

Wreszcie w 1984 roku uruchomienie szpitala stało się faktem. 















Obecnie obiekt ten nie nosi już swej "radosnej" nazwy (jest to Wojewódzki Szpital Specjalistyczny), zaś ulica Kamieńskiego stała się jedną z najruchliwszych na Karłowicach. Taki znak czasów i skutek rozwoju budownictwa w północnej części Wrocławia. 



Plac Kromera

Od wieży ciśnień na Karłowicach niedaleko do Placu M.Kromera. Dzisiaj miejsce to zajmują niewysokie, kolorowe bloki, ale kiedyś znajdowało się tu wielkie targowisko, na którym można było kupić dosłownie wszystko.
Nie brakowało też różnej maści hochsztaplerów np. graczy w trzy karty, którzy działając w ramach - używając obecnych określeń "zorganizowanej grupy przestępczej" - symulowali łatwe wygrane zachęcając w ten sposób postronnych obserwatorów do udziału w grze, oczywiście za niezłe pieniądze. 

Restauracja Harenda i wieża ciśnień

Nieistniejąca już restauracja Harenda. Miejsce kultowe na Karłowicach, z sobotnimi dancingami w tle. 
Położona w okolicach Pl. Gottwalda, zanim został on przemianowany na Pl. J. Piłsudskiego. Obecnie stoi tu sklep spożywczy.

Nieopodal tego miejsca, praktycznie na końcu Al. Kasprowicza (a faktycznie na Pl. Daniłowskiego) znajduje się stuletnia wieża ciśnień (po wojnie zwana "wieżą wodną").





















Wysoka na 46 metrów jest symbolem tej części Karłowic. Na szczęście prawo własności do niej posiada gmina Wrocław, co powinno pozwolić na zachowanie jej zabytkowego charakteru. 

A tak na marginesie, kto by nie chciał pomieszkać choć przez kilka dni w takiej wieży i poczuć się przez chwilę jak latarnik...


piątek, 26 czerwca 2015

Kościół św. Antoniego i okolice

Z kina "Ognisko" blisko jest do kościoła św. Antoniego przy Al. J. Kasprowicza. 

Pamiętam, gdy będąc dzieckiem próbowałem wdrapać się na mur z czerwonej cegły obok kina i choć przez chwilkę spojrzeć co kryje się za tą budowlą. Prawie nigdy się nie udawało...

Lata mijają, a urok tego miejsca wciąż trwa. Myślę, że to zasługa franciszkanów, którzy sprawują tu posługę kapłańską. Przyjęło się nawet mówić "idę do franciszków". 






















Najbardziej znany z nich to chyba ojciec Antoni (a jakże) Dudek, charyzmatyczny, bezpośredni w kontaktach. Jego znaczna postura rzucała się w oczy. Pamiętam spotkania ojca A. Dudka i kard. Henryka Gulbinowicza. Dwóch barwnych ludzi i osobowości. To właśnie "za kadencji" ojca A.Dudka powstał zielony krzyż na wyspie przy moście Trzebnickim jako podziękowanie za ocalenie Karłowic przed powodzią w 1997 r. 

W kościele na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza niewiele się zmieniło. No może ksiądz już nie wchodzi na ambonę, ale to powszechnie przyjęta praktyka. 




("Słowo Polskie" z grudnia 1946 r. - zaproszenie na pasterkę do ojców Franciszkanów)

W sąsiedztwie kościoła św. Antoniego funkcjonowało Liceum Ogólnokształcące nr 10 znane z wysokiego poziomu nauczania. Z czasem jednak ta placówka została przeniesiona niedaleko na ulice Pieszą. 


Idąc dalej w tym kierunku Aleją J.Kasprowicza można trafić  do budynku dawnego Domu Partii przy ul. Syrokomli (obecnie przychodnia zdrowia). 




Stamtąd prosto do ul. Konopnickiej gdzie mieściła się słynna piekarnia u Musiała. W każdą sobotę chodziło się tu po świeży, ciepły pachnący chleb. Kupowałem nieco więcej, ponieważ nie mogłem oprzeć się pokusie i zjadałem spory kawałek już po drodze do domu. 

Po niedzielnej mszy w kościele tradycją były lody włoskie na ul. Zawalnej (dawna pętla tramwajowa, w czasach, gdy nie istniała jeszcze linia do Marino). W latach 70-80 tych było to jedyne miejsce gdzie można było liczyć na takie specjały. 


Na ul. Zawalnej funkcjonowało kilka sklepów i pętla autobusu (chyba 112, o ile pamięć mnie nie myli), kursującego do Krzyżanowic. No i nieco później kultowe już tosty. W okolicy istniała również duża piwiarnia. Poza tym w upalny dzień orzeźwienie zapewniała woda z sokiem z ulicznego saturatora. Mały wózeczek stał nieopodal przystanku tramwaju nr 7 (czyli "siódemki"). Woda podawana była z grubych szklanek, których mycie polegało na kilkusekundowym opłukaniu ich wodą. Następnie szklanka znów wędrowała do ust kolejnego klienta. I co ciekawe, nikomu to nie przeszkadzało, nikogo nie dziwiło... 


Zatem było to miejsce znane i odwiedzane.

Dodac trzeba, że Al. Kasprowicza (dawna Korsoallee) nie przypomina innych ulic. Nie ma przy niej bloków, stoją za to poniemieckie i polskie (powojenne) wille. 

Nawet Marek Krajewski przenosząc część akcji "Widm w mieście Breslau" i wysyłając w dniu 27.09.1919 r. asystenta kryminalnego Eberharda Mocka do tej części Karłowic napisał "Na Korsoallee, naprzeciwko okazałej willi doktora Rossdeutschera, stał nowoczesny adler" (s. 248)


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Karłowice - kino Ognisko



Wędrówkę po Wrocławiu postanowiłem rozpocząć na Karłowicach.

Dlaczego akurat to miejsce?
Wybór wynika z przekory i niechęci do oczywistości (Rynek, Ostrów Tumski, Hala Stulecia, Odra wymieniane są wszakże jednym tchem jako godne polecenia) oraz niedocenienia tego uroczego zakątka miasta. Poza tym spędziłem tu większą część mojego życia.

Skoro pretekstem do opowieści o Wrocławiu jest tytuł Europejskiej Stolicy Kultury to zacznę od X muzy czyli dawnego kina Ognisko przy Skwerze Obrońców Helu. Nie pozostało po nim zbyt wiele, jedynie zniszczony (ale zamieszkany) budynek i nieco wspomnień. 






Choć od wyświetlanych w nim poranków minęło już ponad 30 lat to wciąż pamiętam godzinę ich rozpoczęcia - 15.00
To chyba efekt połączenia dwóch zdawałoby się sprzecznych ze sobą słów"poranek" i "godzina seansu: 15.00".

Pamiętam kolejki do kasy (po lewej stronie od wejścia) i panią, która sprawdzała skrupulatnie legitymacje szkolne odmawiając sprzedania biletu osobie, której do osiągnięcia magicznego wieku 12 bądź 15 lat (w zależności od rodzaju filmu i obecności w nim tzw. scen) brakowało ledwie kilka miesięcy.

Po zakupie biletu w oczekiwaniu na rozpoczęcie seansu można było udać na krótki spacer po znajdującym się nieopodal skwerku lub po prostu podeprzeć sobą jeden z filarów budynku kina.

W ówczesnej dobie "bezinternetowej" wydarzeniem było wywieszenie przez obsługę kina w szklanych gablotkach od strony ulicy zapowiedzi filmów na kolejne tygodnie.

Ciekaw jestem jak dziś wyglądałyby seanse w Ognisku. Pewnie na poranki trudno byłoby znaleźć chętnych. Telewizja zapewnia wszakże dowolną bajkę o dowolnej porze. Poza tym w okolicy kina brak jest wielu miejsc parkingowych co raczej zniechęcałoby potencjalnych - przywykłych do wygód -  klientów. 


Chociaż...czy prawdziwego kinomana może coś zniechęcić?







niedziela, 21 czerwca 2015

Początek

W dniu 20 czerwca 2015 r. zatrzymałem się na Moście Uniwersyteckim. Czy tak powinna zaczynać się ta historia? A może lepiej tak: urodziłem się ponad 40 lat temu we Wrocławiu? A może...
Mógłbym wymyślić na poczekaniu kilkadziesiąt różnych wersji zdań na początek mojej opowieści o Wrocławiu. Mniej lub bardziej patetycznych lub złożonych.

Dlatego zacznę tak zwyczajnie...

W dniu 20 czerwca 2015 r. zatrzymałem się na Moście Uniwersyteckim. Tysiące używanych książek rozłożonych wzdłuż barierki tworzyło wał przeciwpowodziowy, przypominając nie tylko o powodzi z 1997 roku, ale także stanowiąc Projekt "MOSTY" - zapowiedź ESK 2016 czyli Europejskiej Stolicy Kultury, który to tytuł Wrocław będzie dzielić z hiszpańskim San Sebastian w następnym roku. 







Stojąc na moście wśród tylu różnych dzieł, bardziej lub mniej nadgryzionych zębem czasu i troską ich poprzednich właścicieli, spoglądałem na pomnik Powodzianki. To już tyle lat minęło od tej tragedii miasta....mojego miasta.




Wspomnienia, teraźniejszość, przyszłość. Może były gdzieś tam w przeszłości lepsze, bardziej okazałe okazje do wędrówki po Wrocławiu, ale ESK też brzmi całkiem nieźle. Zatem będzie to spotkanie z niesamowitym, dumnym, otwartym i nowoczesnym 
miastem.